
Z dzieciństwa pamiętam, że choinkę ubierało się w Wigilię, a pod nią leżały drobne, skromne prezenty i słodkości. Końcówka PRL-u ma w mojej pamięci swój urok, ale nie tęsknię do systemu raczej do klimatu z czasów dzieciństwa... Moje dzieci mają wszystko (wg. mnie oczywiście) , a o prezentach mówią cały rok. Po kolacji, gdy nadchodzi czas upominków i przez chwilę nasycą się nimi jest spokój, który trwa kilka chwil... Potem kolędowanie po rodzinie i wizyty rodziny i kolejne upominki... A potem podliczanie i plany zakupowe. Ja zawsze kupuję prezenty, rzadko daję gotówkę bo uważam, że jak się kogoś kocha i zna (to o dzieciach) to powinno się kupić coś co się spodoba!
Ale chciałam napisać o naszej choince. To efekt kompromisu. Ja chciałam złotą, syn czerwoną. I tak jest: w połowie złota i w połowie czerwona. Tu eksponuję stronę złotą, a czerwona w kolejnej odsłonie. Wszystko łączy szarfa czerwono-złota. Choinka jest sztuczna, bo w salonie mamy kominek i temperaturę blisko 30 stopni C.
Pozdrawiam